Prof. dr hab. Kazimierz Obuchowski (1931-2014)

To jeden z najwybitniejszych psychologów w historii polskiej psychologii i najwybitniejszy teoretyk w obszarze psychologii osobowości. Ukończył studia psychologiczne w Poznaniu w 1956 r. Stopień doktora uzyskał w 1961 r. na podstawie pracy Motyw, postawa, potrzeba w psychologii klinicznej, napisanej pod kierunkiem prof. A. Lewickiego. Habilitację też przeprowadził w Poznaniu (1969) na podstawie monografii Kody orientacji i struktura procesów emocjonalnych. Z naszym uniwersytetem związał się, z dłuższą przerwą, na wiele lat. Pracę naukową rozpoczął, będąc jeszcze studentem (w 1955 r.) w Katedrze Psychologii (u prof. S. Błachowskiego), następnie w Katedrze Psychologii Klinicznej, a potem w Instytucie Psychologii. Po odejściu z Instytutu pracował w PAN (kierował stworzonym przez siebie Zakładem Psychologii Osobowości PAN w Poznaniu). W 1992 r. wrócił do Instytutu, w którym powołano dla niego Pracownię Psychologicznych Koncepcji Człowieka. Kierował nią do 1998 r., po czym przeszedł do pracy w Instytucie Psychologii UKW w Bydgoszczy. Pracował także w WSH-E w Łodzi. W 1994 r. Profesor został członkiem Academia Europaea. Był uczonym wielkiego formatu, twórcą oryginalnych teorii z zakresu psychologii osobowości, psychologii klinicznej i antropologii filozoficznej. W 1970 r. opublikował w PWN jedną z najważniejszych w polskiej psychologii monografii: Kody orientacji i struktura procesów emocjonalnych. Praca ta o lata wyprzedzała czas, w którym powstała. Ukazywała bowiem nowe drogi badań psychologicznych, zwłaszcza nowy kierunek, który dziś nazywamy neurokognitywistyką. Prof. K. Obuchowski był nie tylko psychologiem, ale – a pod koniec życia przede wszystkim – humanistą i antropologiem filozoficznym. W tym duchu pisane były jego ostatnie monografie. Przekraczał on w nich tradycyjne ramy psychologii. Drugą ważną monografią napisaną przez Profesora była Psychologia dążeń ludzkich (1966). Z późniejszych ważnych jego prac należy wymienić: Adaptację twórczą(1985) i Człowieka intencjonalnego (1993).

Autorka opisu: Zuzanna Gniadek

źródło: http://uampsych-muzeum.home.amu.edu.pl/kazimierz-obuchowski/

Artykuł: „Sens życia Kazimierza Obuchowskiego. Kopał złoto na zesłaniu, mieszkał w parku Sołackim. Został słynnym profesorem” Autor: Dorota Juszczyk, 25.01.2019
Za Uralem płukał złoto, pociąg z repatriantami uciekł mu, zostawiając piętnastolatka samego w lesie. W amerykańskim mundurze i butach cudem dotarł do Polski, by zostać jednym z najwybitniejszych polskich psychologów. PRZECZYTAJ CAŁĄ HISTORIĘ.

„Sens życia powinien być własny, świadomy, ujęty na tyle ogólnie (to znaczy w ramach ogólnej koncepcji), aby można go było poddawać modyfikacjom” – napisał w książce „Galaktyka potrzeb. Psychologia dążeń ludzkich”. Dość długo sensem jego życia, bez modyfikacji, było to, aby przetrwać, wytrzymać, przeżyć. Udało się, a siła woli i upór doprowadziły do realizacji jego najważniejszego celu w życiu.

– Siła woli i upór nie wystarczyłyby, gdyby nie talent – uważa psycholog prof. Stanisław Kowalik z poznańskiej Akademii Wychowania Fizycznego. – Prof. Obuchowski był niesłychanie utalentowany. Miał wszystko, co konieczne, by zostać wybitnym profesorem uniwersyteckim.

Kształtował polską psychologię kliniczną i to zarówno pod względem merytorycznym, jak i organizacyjnym. Jego artykuły, wykłady, oddziaływanie na środowisko medyczne dowodziły, że oto pojawił się psycholog kliniczny – humanista. Każda nowa publikacja była zaskakująca, a „Psychologia dążeń ludzkich” to pionierska praca kliniczno-humanistyczna. Prof. Jerzy Brzeziński, psycholog z UAM: – Obszar zainteresowań profesora był rozległy, ale ogólnie można by to sprowadzić do teoretycznych podstaw psychologii osobowości. Pasjonowało go, kim jest człowiek, jak funkcjonuje w społeczeństwie, w zależności od struktury jego osobowości. Należał do nielicznej grupy najważniejszych uczonych w historii psychologii polskiej. A jeśli chodzi o psychologię osobowości, to nie miał sobie równych.

„Idź na uniwersytet” – napisała matka

„Bóg tak chciał, to nic. Ja zawsze będę się tobą opiekowała. Pamiętaj, czego ciebie uczyłam. Bądź dzielnym człowiekiem, uczciwym i prawym i proszę, idź na uniwersytet” – tyle słów, jesienią czterdziestego trzeciego roku, Julia Panasiukowa zdołała podyktować pielęgniarce, zanim zmarła w drodze do szpitala w Pawłodarze. Nie od razu przekazano synowi ten list, gdyż dwunastoletni Kazimierz Panasiuk sam był wówczas umierający. Jego stan był tak ciężki, że wystawiono mu już akt zgonu. Przeżył dzięki innym zesłańcom, którzy nawet tam, na nieludzkiej ziemi, pozostali ludźmi.

Życzenie matki wydało mu się zdumiewające. Uniwersytet? Jak tam się dostać z głębin Kazachstanu, gdy jest się samotnym, głodnym i obdartym dzieckiem?

Miał dziewięć lat, kiedy w 1940 roku wraz z matką został tam wywieziony z ciepłego i bezpiecznego domu w Wołożynie w województwie nowogródzkim. Ojciec Bogumił Panasiuk – carski, a potem polski oficer, pochodził z Kozaków. W Wołożynie przy ul. Piłsudskiego prowadził z żoną księgarnię i wypożyczalnię książek. Zginął w Katyniu, zanim Julia z synem zdążyli dojechać do miejsca zsyłki. Trzy tysiące książek spalono.

Uniwersytet! Najpierw trzeba było wydostać się z piekła. Tak właśnie określano warunki życia i pracę w kopalni złota w Majkainie-Zołoto. Aby przeżyć, Kazimierz zajął się płukaniem złota, a potem, znowu dzięki dobrym ludziom, umieszczono go w szkole z internatem, gdzie wyuczył się na tokarza.

Powrót do Polski w 1946 r. to osobna historia. Najpierw wylał Irtysz i prom z Pawłodaru, gdzie była najbliższa stacja kolejowa, nie przypłynął. Cały transport repatriantów przez kilka dni czekał w deszczu, nie było żadnego zadaszenia. Obuchowski był chory, miał gorączkę i majaczył, zaczął iść przed siebie do rzeki. Gdyby nie przytomność jakiegoś dorosłego, byłby utonął.

W końcu dopłynęli do Pawłodaru i dostali się do pociągu. Pociąg zatrzymał się w Andropowie, po drugiej stronie Uralu. Można było na chwilę wysiąść, pójść do lasu. Obuchowski tak się zachłysnął wolnością i lasem, że nie zdążył wrócić do pociągu. Został bez dokumentów, bez bagażu. Pomogli mu miejscowi, dowieźli do innego transportu, którym wracali wywiezieni na Syberię Żydzi. Dojechał do Moskwy, odnalazł Związek Patriotów Polskich. Poznał też innych zesłańców, którzy mieli opanowane pisanie próśb o pomoc do zachodnich ambasad. Otrzymał ciemnozielony amerykański battledress i wojskowe buty oraz 240 rubli. Ambasada Polska dała dokumenty i bilet do Brześcia – w wagonie sypialnym! I zaprosili na obiad. To był wstrząs. Siedzieć przy stole, jeść z talerza, a nie z puszki po konserwach, siedząc na ziemi.

W Brześciu dogonił „swój” transport, odzyskał bagaż. Dzięki temu nie stracił przedwojennych zdjęć z rodzicami.

Spał w parku, zjadał resztki ze stołówki

Miał piętnaście lat i zawód tokarza w ręku, kiedy powrócił do Polski. Jednak, gdy wysiadł z pociągu w Łobzie na Pomorzu Zachodnim, nie myślał o szukaniu pracy, tylko prosto z wagonu poszedł do starosty, któremu opowiedział o swoich losach i celach życiowych. Starosta nie tylko nie wyśmiał ambicji chłopca, ale skierował do internatu i przyznał stypendium: 125 złotych, z czego 105 kosztował internat. Na całą resztę zostawało 20, więc Kazimierz pracował, gdzie tylko mógł.

W Liceum im. Tadeusza Kościuszki w Łobzie spotkał pomocnych i życzliwych ludzi, ale musiał też znosić wiele upokorzeń. Był wiecznie głodny i obolały, cierpiał na reumatyzm i nieustanne bóle zębów. Dentysty nie było. Wytoczono mu nawet sądową sprawę o to, że nie ma prawnego opiekuna. Pisał wówczas: „Cierpienia doskonalą duszę ludzką, ale zbyt dużo cierpień ją wypacza, nie chcę być nienormalny”.

Prof. Stanisław Kowalik: – Cały czas pamiętał o obowiązku wypełnienia ostatniej woli matki. Często o tym mówił. Nazywał to „Zadaniem Dalekim”. I temu Zadaniu podporządkował swoje całe życie.

W 1951 roku celująco zdał maturę, jednak na uniwersytet w Poznaniu go nie przyjęto. Ale ze studiów nie mógł zrezygnować. To był najważniejszy cel jego życia. Zresztą i tak nie miał dokąd pójść, nigdzie nikt na niego nie czekał, więc skorzystał z możliwości bycia wolnym słuchaczem; bez akademika i stypendium. Przez kilka miesięcy spał w parku Sołackim i dożywiał się, zbierając resztki ze stołów w stołówce akademickiej. Choć zajęcia na uczelni trwały od rana do wieczora, znalazł czas na działalność społeczną. Po kilku miesiącach wybrano go przewodniczącym Zrzeszenia Studentów Polskich na Wydziale Humanistycznym, choć formalnie nie był studentem. O czym nikt nie wiedział, bo Panasiuka wszędzie było pełno. W końcu otrzymał indeks, miejsce w domu studenckim i stypendium. Po latach napisze: „Byłem szczęśliwy. Nie przeszkadzało mi, że brakowało na jedzenie, chodziłem bez bielizny, w starym battledressie, bez płaszcza i już szósty rok donaszałem ogromne i wierne amerykańskie buty, wykombinowane jeszcze w Moskwie.”

Więzienie – a potem kariera

Miał wtedy dwadzieścia lat i był coraz bliżej tego, by ziściło się marzenie matki. To wszystko niespodziewanie skończyło się po pierwszym roku studiów. Drugi przesiedział w więzieniu i obozie pracy w Lubiążu, fedrując w kopalni Janina, nim Sąd Najwyższy zdjął z niego odpowiedzialność za śmierć dziecka na kolonii, na której pracował jako wychowawca. Dziecko utopiło się. Okazało się, że przyczyną wypadku była choroba serca.

Po wyjściu z więzienia po raz kolejny rozpoczął nowy etap życia. Tym razem – jakby chciał oddalić, zażegnać wreszcie to całe zło, które go w życiu spotkało – zrzekł się nazwiska ojca i przyjął panieńskie matki – Julii Obuchowskiej.

To, że mógł wrócić na studia, zawdzięczał ogromnej życzliwości władz uniwersytetu i ówczesnemu przyjacielowi Heliodorowi Muszyńskiemu, który w jego obronie zbierał podpisy.

Był pracowitym studentem, chętnie pisał seminaryjne referaty, wpadł w coś, co sam nazwał „samopoganianiem się”. Nim skończył studia, zaproponowano mu asystenturę. Pisał więc pracę magisterską, prowadził zajęcia dla młodszych kolegów, pracował w Poradni Zdrowia Psychicznego i wieczorami odbywał wolontariat w klinice psychiatrycznej.

W 1954 roku ożenił się z koleżanką ze studiów Ireną Wojnecką, późniejszą wybitną profesor psychologii i pedagogiki dziecięcej Ireną Obuchowską.

„Był to ten okres życia, gdy jeszcze psychicznie i fizycznie nie zdołałem otrząsnąć się z wysiłku i trwogi poprzednich jedenastu lat. Na 186 cm wzrostu ważyłem 45 kilogramów, mówiłem bełkotliwie. Mój organizm rozprawiał się z drugim już nawrotem gruźlicy… Tylko nużącym wysiłkiem woli, z wyraźną trudnością, utrzymywałem się na linii mojego bardzo konkretnego zadania, jakim było ukończenie studiów. Nie liczyłem na wiele lat życia” – pisał w autobiografii.

– Dość długo nie wiedziałem, jak ciężkie życie miał za sobą, jak często było ono zagrożone – wspomina syn Michał Obuchowski. Bo też tato długo o tym nie mówił albo niewiele… czasami, ledwie kilka zdań. Nie był w stanie. Potrzebował lat, by móc o tym opowiedzieć. Przeczytałem jego autobiografię… i też było mi trudno, bo co innego dowiadywać się o wszystkim po trochu przez 20-30 lat, a co innego, kiedy to na ciebie spada w ciągu jednej nocy. Byłem już dorosły, ale ogromnie mnie to poruszyło. Nie tylko zsyłka, również to, co przeszedł w szkole i na studiach. Miał też dużo szczęścia do ludzi. Zawsze, w sytuacji zdawałoby się już ostatecznej, ktoś mu pomógł. W końcu spotkał mamę, która się nim zaopiekowała. I potem przez sześćdziesiąt lat opiekowali się sobą wzajemnie. Mama odeszła dwa lata po tacie.

Nie był surowym tatą. Dużo rozmawialiśmy. Właściwie wszystkie sprawy domowe omawialiśmy w trójkę. Rodzice bez przerwy pracowali, dyskutowali, pisali książki. Widziałem, jak są zaangażowani, jak ich to pasjonuje i w końcu sam poszedłem na psychologię. Choć nie od razu.

Ta książka – to było coś!

Prof. Jerzy Brzeziński: – Prowadził dla nas wykłady z psychologii emocji, motywacji i osobowości. Pewnie mógłby to robić w sposób standardowy, czyli streścić różne ważne teorie i badania na ten temat, ale on stworzył wykład autorski, z własnymi przemyśleniami, ocenami, komentarzami. Nie czytał z kartki. O trudnych sprawach mówił ciekawie, dobrym językiem i prawie hipnotyzując wzrokiem. Potrafił zatrzymać naszą uwagę.

Prof. Anna Brzezińska, psycholog z UAM: – Gdy byliśmy na drugim roku studiów, był właśnie po obronie doktoratu, a jego praca „Psychologia dążeń ludzkich” ukazała się jako książka, co w tamtych czasach – w roku 1968 – było ewenementem. Profesor wielokrotnie ją potem poszerzał, poprawiał, przerabiał, zmienił tytuł na „Galaktykę potrzeb ludzkich”. To ważna książka. Miała jakiś taki oddech, którego w ówczesnych podręcznikach nie było; bardzo szerokie patrzenie na człowieka, wrażliwość na wiele różnych problemów, spojrzenie na sposób funkcjonowania człowieka z różnych perspektyw, coś niezwykle nowatorskiego. No a fakt, że autor takiej książki jest naszym wykładowcą… to było coś niesamowitego. Siedzieliśmy tak zasłuchani, oczarowani, że trudno było robić notatki. Bywało, że profesor skończył, a my czekaliśmy, jakby miał być ciąg dalszy. Nikt się nie ruszał, nie wybiegał z sali. Myśmy go chyba wówczas nie doceniali, nie do końca do nas docierało, z jak wybitną osobowością mamy do czynienia. Z kimś, kto jest zafascynowany tym, co robi, jest oryginalny, twórczy, wyrazisty i tak pięknie wszystko przekazuje.

Ale egzamin u niego to było coś strasznego. Potrafił oblać 70-80 proc. studentów w drugim terminie. Trzeba było repetować rok. Po latach docenialiśmy ten poważny, uniwersytecki egzamin z wysokimi wymaganiami, zestawem lektur, które trzeba było przeczytać. Żadnego udawania, pójścia na skróty, pływania. Nie przeczytałaś, nie zdasz. My oboje przeczytaliśmy, zdaliśmy na 5.

Prof. Jerzy Brzeziński: – Kazimierz Obuchowski to było ucieleśnienie wizji klasycznego humboldtowskiego uniwersytetu, gdzie ważne jest umiejętne łączenie dwóch sfer aktywności: badawczej i dydaktycznej. Uniwersytet ma być miejscem, w którym spotyka się Mistrz i Uczeń.

Prekursor, wychodził poza psychologię

Matka byłaby dumna. Osiągnął więcej, niż pragnęła. Nie mniej dumna jest szkoła w Łobzie. – To postać otaczana ogromnym szacunkiem – mówi dziś dyrektorka Jolanta Manowiec. Chwalimy się nim. Małe środowiska potrzebują autorytetów. Muszą mieć kogoś, kto pokaże, że jeżeli się pracuje, ma się cel – to można tyle osiągnąć. Przyjeżdżał na zjazdy absolwentów i spotkania z uczniami. Potrafił z nimi rozmawiać, nie narzucał swego zdania, raczej objaśniał, nie gwiazdorzył. Młodzież to kupowała. Podarował szkole część swego księgozbioru, a nasza absolwentka Lidia Zawidowska na Uniwersytecie Szczecińskim napisała o profesorze pracę magisterską.

Prof. Anna Brzezińska: – Kiedy go poznałam, był praktykującym psychologiem klinicznym. Doskonałym. Zajmował się ludźmi z karłowatością przysadkową; oni mają wiele problemów z funkcjonowaniem w społeczeństwie. Trochę szkoda, że tego nie kontynuował. Byłby świetny, gdyby rozwijał te kompetencje. Wielu ludziom mógłby pomóc. Miał szeroką wiedzę, dobrą formację intelektualną, która wręcz nakazywała mu, że należy przekraczać wszelkie podziały. Wiedział, że by zrozumieć problem, trzeba na niego spojrzeć z wielu perspektyw, stawiać pytania o sens życia człowieka, kondycje natury ludzkiej, miejsce człowieka w świecie. Jego książka „Kody orientacji i struktura procesów emocjonalnych” to coś absolutnie nowatorskiego.

Sam pomysł połączenia dwóch obszarów, dotąd traktowanych jako całkowicie odrębne, czyli funkcjonowanie człowieka emocjonalnego i poznawczego, to początek bardzo całościowego myślenia o człowieku.

Prof. Jerzy Brzeziński: – Kultowa książka. Wykraczała daleko poza psychologię, w sferę neurofizjologii, językoznawstwa, podstaw antropologicznych. To dzieło prekursorskie, gdyż przewidywało, że w przyszłości będzie taka dyscyplina jak kognitywistyka czy neurokognitywistyka. Dziś mamy taki kierunek pięcioletnich studiów. Wówczas nikt tak tego nie nazywał.

Genetyczny bałaganiarz

W 1970 roku odszedł z Uniwersytetu do Polskiej Akademii Nauk, gdzie stworzył Pracownię Badań Osobowości. Odbywał naukowe podróże do Związku Radzieckiego, ale nigdy nie pojechał do Kazachstanu. Był wdzięczny Dobrochnie Konrad ze Związku Sybiraków, że przywiozła mu stamtąd woreczek drobnych kamieni z grobu matki. Takich samych, z jakichś kiedyś wypłukiwał złoto. Przecież piasku na tej ziemi nie było.

Matkom sybiraczkom, których sensem życia na zesłaniu, w ekstremalnie trudnych warunkach, stało się przetrwanie ich dzieci, poświęcił jeden z rozdziałów „Galaktyki potrzeb”.

Nie wszyscy w środowisku go lubili; wręcz opowiadano, że jest trudny. Mówił to, co myśli, czasami dosyć ostro, kontrowersyjnie, co nie wszystkim się podobało. – To był człowiek, który dzięki ciężkiej pracy zdobył autorytet, który wiedział, że do jego zadań należy misja – uważa prof. Kowalik. Uczony powinien nie tylko wiedzieć, ale z tej wiedzy robić użytek. Jemu na czymś zależało, i o to coś potrafił się spierać. To mogło denerwować, ale budziło też szacunek.

Zdaniem prof. Brzezińskiej był wrażliwym i dobrym człowiekiem z poczuciem humoru i dystansem do wielu spraw. – Nie był zgorzkniały – pamięta prof. Brzeziński. – Raczej świetny kompan w dyskusjach, potrafił uważnie słuchać. Ciekawy i fascynujący człowiek, nie nudziarz. Bywa przecież, że wielki uczony mówi tylko o tym, co go interesuje, a on był ciekaw innych.

„Nie miał w sobie złości, za to dużo zrozumienia dla ludzi” – mówiła przed laty w Radiu Merkury jego żona prof. Irena Obuchowska. Nazywała go „genetycznym bałaganiarzem”. W jego pokoju wszystko fruwało, książki z maszynopisami, notatnikami, gazetami, ale on się w tym odnajdował.

Lubił malować, pisał też wiersze. Oboje chętnie jeździli do swojej wiejskiej, stuletniej chaty z sadem i topolami w Krajkowie, niedaleko rezerwatu przyrody.

W 1981 roku wspólnie z Witoldem Bońkowskim Obuchowski założył Stowarzyszenie Pomocy Mieszkaniowej dla Sierot. Doskonale wiedział, czego potrzebuje osierocone dziecko, jak mu pomóc i o co zadbać.

Michał Obuchowski zapamiętał go jako osobę, której nikt i nic nie było w stanie zatrzymać przed dojściem do wyznaczonego celu. – Wielu ludzi, tu w Stanach Zjednoczonych, mówi mi, że ja nigdy nie jestem sfrustrowany i zawsze realizuję to, co sobie zaplanuję. Wtedy im tłumaczę, że ja to nic, że miałem takiego tatę, któremu nikt nie dorówna w uporze i skuteczności w osiąganiu celów. – Przez trzydzieści lat w tym samym gronie spędzaliśmy razem sylwestra – opowiada Anna Brzezińska. Dużo śpiewaliśmy, także rosyjskie pieśni. Z tym, że my pierwszą zwrotkę, a profesor resztę. Ciągle sobie wyrzucam, że nie pożegnaliśmy go w ten sposób na cmentarzu, że nie zaśpiewaliśmy mu jego ukochanej „Bradiagi”. Zabrakło nam odwagi. A to sprawiłoby mu przyjemność.

Kazimierz Obuchowski „Refleksje autobiograficzne psychologa”, Wyd. Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi, 2009
Kazimierz Obuchowski „Galaktyka potrzeb. Psychologia dążeń ludzkich”, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2000

Autor: Dorota Juszczyk